Niedawno przez większość mediów społecznościowych, przemknął niczym kometa nad Czelabińskiem film stworzony przez jednego z naszych przyjaciół „I am a Physio”. (Jeżeli jeszcze nie oglądałeś/aś to TUTAJ znajdziesz wspominany film). Produkcja spotkała się z bardzo dobrym odbiorem (słusznie zresztą!) a liczba lajków i udostępnień tylko te opinie potwierdza. W tym obrazie pada zdanie- „…..nazywają nas doktorami, uzdrowicielami,magikami..”. Zapewne każdy z nas po przeprowadzeniu terapii, która przerosła wyobrażenia pacjenta usłyszał podobne słowa, co niewątpliwie jest motywacją do jeszcze cięższej i bardziej wytężonej pracy. Jednakże do czego zmierzam tym nieco przydługim wstępem. Ostatnio na terapii miałem młodego mężczyznę, po przeprowadzeniu wstępnego wywiadu okazało się że szanowny pan jest….księdzem. W trakcie godzinnej terapii, toczonej w dobrej atmosferze i upływającej na miłej rozmowie, doszliśmy do wniosku, że gabinet fizjoterapeutyczny jest swego rodzaju konfesjonałem. Pacjenci przekraczając próg gabinetu wchodzą do miejsca gdzie ich wszelkie tajemnice zostają tylko pomiędzy nimi a terapeutą. W tej kwestii musimy być jak lekarz, ksiądz, prawnik, nic nie może wyjść poza cztery ściany gabinetu. Często jesteśmy pierwszą linią frontu w problemach pacjenta. Osoby przychodzące do gabinetu, zazwyczaj będą otwierać się przed nami dużo bardziej niż przed rodziną, bliskimi. To nam powiedzą o stresach w pracy, przyjmowanych lekach i wszelkich sytuacjach, które mogą wpływać na to że musieli do nas zawitać.

Praca z ludźmi, poznawanie ich, pomaganie, leczenie, jest według mnie najlepszą możliwą pasją jaką możemy w życiu realizować, ale jednocześnie cytując wujka Bena ze Spider-Mana „ Wielka moc, to wielka odpowiedzialność”, a my tej odpowiedzialności musimy sprostać.

Nasz gabinet znajduje się ma Warszawskim Mokotowie, niedaleko popularnego „Mordoru” stąd duże grono pacjentów to osoby związane z korporacjami, których zakres pracy często wykracza poza standardowe 8 godzin, w pogoni za pieniądzem są w stanie zrobić wszystko i słowo „więcej” rozbrzmiewa w ich głowach z częstotliwością równą ruchowi wskazówki minutnika na tarczy zegara. Ludzie żyjący w takim trybie często zapominają jak to jest odpoczywać i że to też trzeba umieć. My powinniśmy być tą instancją, która pomoże znaleźć im rozwiązanie, zasugeruje coś, wskaże drogę.


Nie wiem czy to wielogodzinna praca z ciałem, pewna sfera intymności(w końcu pacjent do terapii w 90% musi się rozebrać do bielizny) czy też inne aspekty, ale to nam pacjenci ufają mocniej niż wielu innym osobom w ich otoczeniu. Każdy człowiek, każda terapia, każda osoba to inna historia, nie ma dwóch takich samych ciał, dwojga takich samych ludzi, czy dwóch takich samych terapii, każda osoba jest indywidualną historią i tak też do każdego podchodzimy. Wzajemne zaufanie terapeuty i pacjenta stanowi dużą część sukcesu, często pomimo świetnie przeprowadzonego wywiadu, przebadania pacjenta, niektóre rzeczy wychodzą w połowie terapii, bo pacjent zauważył że może nam o czymś istotnym, a w jego przeświadczeniu krępującym, powiedzieć, a właśnie ten aspekt stanowi przyczynek do skutecznej terapii. Ludzie nam ufają.


W ciele pacjenta zapisana jest cała historia jego życia, wszelkie traumy, które skrywał przez lata. Czasem praca z małą strukturą może uwolnić wulkan emocji, i na takie sytuacji musimy być przygotowani, chociaż studia raczej do tego nie przygotowują. W takich sytuacjach najważniejsze jest jak podchodzimy do naszego zawodu, i jakim człowiekiem jesteśmy. Pamiętajmy, że w momencie przekroczenia progu miejsca w którym pracujemy, nasze problemy schodzą na dalszy plan i liczy się tylko i wyłącznie pacjent. Jesteśmy swego rodzaju saperem który musi odpowiednio kroczyć przez pole minowe aby dojść do celu jakim jest wyleczenie pacjenta, i wbicie tam flagi z napisem ”pomogłem”.

Powiem wam, że piękny zawód wykonujemy,
Pozdrawiam, Patryk Wąsowski

PS. Podziękowania za inspiracje dla Sławka

Podobne wpisy

Potrzebujesz pomocy specjalisty?

Pozwól nam pomóc sobie i swojemu ciału. Do zobaczenia!