Terapia Czaszkowo Krzyżowa – brzmi tajemniczo i groźnie. Jak jest naprawdę?

Chociaż mnie sama nazwa terapii nieco wystraszyła kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy, równocześnie zasiała ziarno ciekawości. Zainteresowanie rosło przez kilka lat, podsycane wieloma opowieściami o fantastycznych efektach pracy, czasami ostrą krytykę, nietypowymi reakcjami środowiska akademickiego. Następnie trafiła w moje ręce pierwsza opasła księga na ten temat, która zniechęciła mnie do zgłębiania tych zagadnień – po kilku latach spostrzegłem, że po prostu zbyt mało znałem temat, by cokolwiek z niej zrozumieć i próbować zastosować. Druga, licząca sobie niecałe dwie i pół setki stron, była za to tym, czego naprawdę szukałem. Pochłonąłem ją w kilka dni, by wracać do niej jeszcze kilkukrotnie. Zyskałem poczucie, że rozumiem o co w niej chodzi. Jednak by naprawdę poczuć jej siłę w rękach, potrzebowałem pomocy kogoś, kto temat znał znacznie lepiej. Pierwsze próby umocniły mnie w przekonaniu, że muszę znać ten rodzaj terapii.

Dlaczego tak uważam?

Przede wszystkim, jest to zupełnie inny wymiar pracy. Skupiający się na założeniu, że towarzyszymy osobie, która do nas przyszła w procesie zdrowienia. Przemiana ta jest podyktowana przez tkanki, emocje i rytmy ciała. Terapia Craniosacralna (inaczej Czaszkowo Krzyżowa) zakłada też, że zdrowie zależy od braku zakłóceń w rozchodzeniu się wspomnianych rytmów - puls serca, rytm oddechu oraz rytmu craniosacralnego. Ten ostatni uważany był za rytmiczny ruch płynu mózgowo-rdzeniowego, obecnie badania naukowe skłaniają się ku tłumaczeniu zjawiska jako palpacyjnie wyczuwalnych, nakładających się na siebie odczuć z cyklicznego poruszania się mózgu, narządów wewnętrznych, oddechu, bicia serca a nawet pełzania tkanki miękkiej. Bez względu na to, skąd naprawdę pochodzi ten niekończący się cykl, jedno jest pewne – można go wyczuć, dzięki niemu diagnozować i wspomagać procesy samoleczenia organizmu. To jednak nie wszystko. Uważna praca poprzez ciało tą metodą pozwala wejść znacznie głębiej – na poziom emocji, uwięzionych głęboko w ciele. Brzmi tajemniczo?

Skąd się wzięła ta koncepcja?

Jak znaczna część odważnych teorii, pochodzi ona ze Stanów Zjednoczonych. Doktor osteopatii William Sutherland podczas operacji usunięcia zwapnienia z opony twardej zauważył, że porusza się ona z nieznaną dla niego częstotliwością, niezależną od tętna czy oddechu pacjenta. W roku 1932 sformułował pierwszą teorię dotyczącą ruchów kości czaszki i kości krzyżowej, wprowadzając tym samym w kanon nauki nauczanie technik tej terapii dla studentów osteopatii. Dopiero wiele lat później zaczęto nauczać jej osoby nie związane z tym zawodem, stała się ona dostępna również dla innych specjalistów pracy z ciałem. Po jakimś czasie została rozszerzona o Somatoemocjonalne Uwalnianie, metodę doskonale wpasowującą się w całość koncepcji. Polega ona na pracy z emocjami „uwięzionymi” w tkankach ciała i ich stopniowemu uwalnianiu.

Co to ma wspólnego z masażem?

Poza oczywistymi cechami wspólnymi takimi jak użycie własnych dłoni na ciele osoby poddającej się terapii, niewiele. Nie musi być stosowana na odsłonięte ciało, co ma swoje zalety. Nie jest też pracą strukturalną, nie koliduje zatem z masażem, ale nie da się ich wykonywać jednocześnie. Może być stosowana przy problemach z narządem ruchu, ale również przy autyzmie, nerwicach, nadpobudliwością, stresem, bólach migrenowych i wielu innych. Jest też pracą na tyle delikatną, że posiada bardzo niewiele przeciwwskazań do jej stosowania.

Jakie ma wady?

Na pewno nie jest bardzo łatwa do opanowania, potrzeba trochę cierpliwości i prób. Jeśli jesteś łowcą kolejnych technik do arsenału, z których pewnie nie będziesz nigdy korzystać i nie zależy ci na zrozumieniu koncepcji tej terapii, to nie zawracaj sobie głowy jej nauką. Niestety, jest też na tyle subtelna, polegająca na odczuwaniu tkanek i odległa od tego co znamy, że nie sposób nauczyć się jej z książki.

I co moim zdaniem najważniejsze!

Terapia Czaszkowo Krzyżowa rozwija terapeutę. Uczy pokory. Pozwala spojrzeć na konkretne problemy w zupełnie inny sposób. Jak się o tym przekonać? Najlepiej udać się na taką sesję do doświadczonego terapeuty i przekonać się na sobie. Jako, że cała filozofia pracy jak i sama sesja terapeutyczna znacznie różnią się od tego, co znamy z codziennej praktyki w naszych gabinetach, warto też uczyć się od najlepszych instruktorów. Takie bardzo pozytywne opinie słyszeliśmy o panu Luc Van Eupen, belgijskim osteopacie i wieloletnim nauczycielu. Wybieramy się do niego z Patrykiem już w kwietniu, by pod jego okiem poznać w detalach zarówno Terapię Czaszkowo Krzyżową, jak i jej rozwinięcie – Somatoemocjonalne Rozluźnianie, o którym pisałem nieco wyżej. Jeśli również chcesz nauczyć się tego typu pracy, możesz do nas dołączyć. Wrażenia na pewno zamieścimy na blogu!

Kurs, w którym bierzemy udział i na, który nie możemy się już doczekać - TUTAJ

Pozdrawiam serdecznie,

Maciek

Podobne wpisy

Potrzebujesz pomocy specjalisty?

Pozwól nam pomóc sobie i swojemu ciału. Do zobaczenia!