Bajka o układzie autonomicznym

Ciepła, czerwona już tarcza słońca dość szybko znikała w obrysie ostrych, kamiennych kłów gór. Płaszcz nieba purpurowiał, by prędko jak w kalejdoskopie przybrać formę granatowego atłasu. Parłem przed siebie. Wdech, wydech, krok, krok. Piękny głos w słuchawkach już dawno zamilkł wraz z krótkim obwieszczeniem komórki – koniec baterii. Nie kojarzyłem tej okolicy, choć byłem pewien, że idę w dobrym kierunku. Czy zostało mi do celu godzinę marszu, czy też kwadrans – nie miałem pojęcia. Z kolejnymi uderzeniami serca zbliżałem się do ściany lasu. Wąska, wydeptana dróżka prowadziła w jego trzewia kusząc szybszym zakończeniem wędrówki. Przyznam, było to kuszące. Czułem, że bąble na stopach palą już żywym ogniem. Być może buty też były wilgotne nie tyle od wieczornej rosy, co od krwi i osocza. Wszedłem w gęstwinę.


Układ współczulny

Gdy zatopiłem się w mur ciemnej zieleni na karku i przedramionach pojawiła się gęsia skórka. Choć nagle zrobiło się ciemno, dość dobrze widziałem samą dróżkę. Źrenice rozszerzyły mi się chyba do granic możliwości, dzięki czemu wychwytywałem wciąż jej zarys. Doskonale słyszałem swój prędki, płytki oddech, łomoczące szybciej serce. Nerwowo rozglądałem się na boki. Gdyby coś teraz wyskoczyło z krzaków – a złośliwy chochlik w mojej głowie podpowiadał coraz to ciekawsze i większe stworzenia – chyba dostałbym zawału. Nie mam pojęcia, ile minęło czasu. Ścieżka wydawała się wciąż jednolita, jakbym zataczał ogromne koło. Z trudem przełykałem gęstą ślinę. Rozsądek podpowiadał, by wyciągnąć z kieszeni batonika, ale nie byłem głodny. W ogóle miałem wrażenie, że mój brzuch zamarł w oczekiwaniu na opuszczenie tego mrocznego miejsca. Wtem, usłyszałem pękającą gałązkę, potem jeszcze jedną. Krew zawrzała mi w żyłach, dłonie pokryła cienka warstwa potu. Chwyciłem grubą, ciężką gałąź leżącą nieopodal z lekkością, jakby była patyczkiem. Rozejrzałem się. Kilkanaście metrów za mną stało COŚ. Nie widziałem dokładnie, ale byłem pewny, że nie mijałem tego kształtu wcześniej. Poruszyło się. Gabarytami przypominało dzika, zatem prędko puściłem konar i co sił pobiegłem przed siebie. Zapomniałem o bólu stóp. Pędziłem jak wiatr, nie zwracając uwagi na chłostające mnie po twarzy gałęzie. Oddychałem ciężko i choć przebiegłem już pewnie ponad kilometr z zatrważającą prędkością, nie zwalniałem tempa. W tle gęstwiny majaczyło już światło księżyca, gałęzie rzedły. Byłem uratowany.

Układ przywspółczulny

Opary gorącej herbaty wypełniały moje nozdrza. Kochałem słodycz malin w cukrze, których nie żałowałem do takiego naparu. Na stole przede mną stała pusta miska. Opróżniłem ją trzykrotnie, raz po raz dokładając ulubionej zupy. Wciąż czułem napływ śliny do ust myśląc o deserze. Pulsowanie stóp nie było już uciążliwe. Miękki fotel rekompensował tę stratę. Założyłem opatrunki, nie wyglądało to wcale tak źle. Sączyłem herbatę, głośnik sączył ulubione melodie. Czułem, jak w brzuchu przelewa mi się wszystko to, co naprędce wchłonąłem. Byłem głodny jak dzik… To dopiero przygoda, pomyślałem. Serducho wyraźnie zwolniło, dostosowując swoje skurcze do delikatnego jazzu w tle. Oczy zamykały mi się same, oddech zwolnił. Poluzowałem nieco pasek od spodni i dopiero teraz poczułem, że nadal posiadam pęcherz. Krok, krok. Ziewnięcie. W lustrze niewielkiej toalety spostrzegłem, że źrenice mam wąskie jak czubki szpilek. Krok, krok. Przewróciłem się na łóżko. Nie mam pojęcia, w którym to momencie zasnąłem.

Pozdrawiam, 
Maciej Duczyński

Podobne wpisy

9-09-2020

Celny strzał w kolano – skąd ten upiorny dźwięk i jak to naprawić?

24-24-2020

Terapia Czaszkowo-Krzyżowa

6-06-2020

Dołącz do grona świadomych terapeutów! Jest nas już 270.

26-26-2020

Nasz największy i najtrudniejszy projekt. Stań się jego częścią.